Patryk Żywczyk: Wspomnień z VoP nikt mi już nie odbierze [WYWIAD]

2019-11-24 15:56:54(ost. akt: 2019-11-24 16:34:08)

Autor zdjęcia: Voice of Poland

— Udział w programie otworzył przede mną drzwi i... nie zamierzam przed nimi bezczynnie stać — mówi Patryk Żywczyk. 23-letni wokalista z Wiartla (k. Pisza) rozstał się 16 listopada z największym muzyczno-telewizyjnym show w Polsce — Voice of Poland.
— Przygoda z 10. edycją dobiegła końca. Wiem, że wszyscy uczestnicy są ze sobą zżyci. Pożegnali cię należycie?
— Tak, zdecydowanie (śmiech). Afterparty było, lecz o takich sprawach nie wypada mówić. Zwłaszcza publicznie.

— Bardzo żałujesz tego rozstania?
— Wbrew pozorom... ani trochę. Jedna przygoda się kończy, druga się zaczyna...

— Nie mów tylko, że się cieszysz.
— To nie tak. Po prostu staram się być szczery wobec samego siebie. Wiem, że raczej nie chciałbym się porywać już na takich wokalistów, którzy przeszli dalej. Poziom jest naprawdę bardzo, bardzo wysoki. Jestem cholernie dumny z miejsca w najlepszej dwunastce. Wspomnień z udziału w tym show wielkiego kalibru nikt mi już nie odbierze. Jakiegokolwiek żalu nie czuję.

— Na miejscu towarzyszyli ci najbliżsi. Na czele z mamą. Jakie pierwsze słowa padły między wami po tym niekorzystnym werdykcie?
— Gdy zna się z kimś tak dobrze i tak długo, to żadne słowa nie są potrzebne. Widziałem, że mama miała łzy w oczach, ale na ustach uśmiech. Powiedziała: "Było super". I nic więcej nie musiała. Doskonale się rozumiemy.

— Zastanawia mnie jedna rzecz. Mało kto na to pewnie zwrócił uwagę, ale... kulałeś.
— Dzień przed ostatnim odcinkiem na żywo nabawiłem się kontuzji. Schodziłem po schodach. Pamiętam, że coś jakby chrupnęło i pojawił się niesamowity ból. Okazało się, że uszkodziłem więzadła w kolanie. Producenci podeszli do tego bardzo profesjonalnie. Zaplecze medyczne było w pełnej gotowości, miałem też od razu fachowe wsparcie fizjoterapeuty...

Obrazek w tresci

— Na ile uraz wpłynął na twój występ?
— Nie chciałbym, by ktokolwiek odniósł wrażenie, że to właśnie dlatego odpadłem. Odpadłem, bo po prostu inni śpiewali lepiej. Ja, mimo urazu, byłem przygotowany w 100 procentach. Noga w niczym mi realnie nie przeszkodziła. Zrobiłem wszystko co miałem zrobić. Niczego bym nie zmienił.

— Wykonałeś utwór Grubsona "Na szczycie". Specyficzny wybór jak na Voice of Poland. Chyba niezbyt pozwolił pokazać się wokalnie.
— I tak, i nie. Z jednej strony faktycznie, bo w tym utworze, typowo rapowanym, liczył się głównie tekst. A właściwie głębia, która za nim stoi. W tę sobotę ukazanie owej "prawdy" było moim priorytetem. Wszelkie ozdobniki wokalne itp. dałoby się oczywiście w to wpleść, ale... kompletnie nie o to chodziło. Byłby to najzwyklejszy przerost formy nad treścią. Robienie czegoś na siłę. Bez sensu. Było to więc wyzwanie, które — wydaje mi się — pozwoliło znów pokazać mi się z nowej, nieznanej wcześniej widzom strony. Jeden z trenerów, Michał Szpak, ocenił mnie jako "najlepszego kameleona" w VoP i w tym przypadku przyjmuję to jako solidny komplement.

— Myślę, że Grubson się za ten występ na ciebie nie obraził.
— Po wszystkim rozmawiałem o tym nawet z Baronem (jeden z trenerów ekipy Afromental - przyp. K.K.). Ponoć poprosił samego Grubsona o ocenę tego wykonania. I, z tego co ten wspominał, bardzo mu się podobało.

— Podczas werdyktu wkradło się trochę zamieszania. Początkowo wszyscy myśleli, że trenerzy wybrali ciebie.
— Adrenalina dawała się nam we znaki i przez chwilę sam tak to odbierałem. Widać było to zapewne po moim wyrazie twarzy (śmiech). Baron powiedział: "Patryk idzie z nami do studia". Można było to odebrać tak, jakby mówił o studiu VoP. Chodziło jednak typowo o studio nagraniowe. Do dalszych odcinków przeszedł Bartek Deryło, któremu gorąco kibicuję. Tak jak i Alicji Szemplińskiej. Bo choć w najbliższą sobotę z nimi już nie wystąpię, to do samego końca będę trzymał kciuki za resztę "Afrogangu". Wierzę, że oboje mają szansę "pozamiatać" w finale.

— Wiem, że w ostatnim czasie dawał ci się we znaki chroniczny brak czasu. Na wszystko.
— Tak, to był taniec na naprawdę wysokich obrotach. Z Warszawy prawie w ogóle nie wyjeżdżałem. W domu raczej się "pojawiałem", niż "bywałem". Góra na jeden dzień, bo na tyle pozwalał grafik. Tyle czasu trzeba po prostu poświęcić na to, by wykonać tę robotę względnie dobrze. Niestety także kosztem własnych, prywatnych spraw.

Obrazek w tresci

— Teraz będzie kilka chwil, by nadrobić zaległości?
— Najpierw muszę zająć się zdrowiem. Naprawię kolano i dopiero zacznę myśleć o kolejnych rzeczach.

— Nie opóźni to kariery?
— Nie, zdecydowanie nie. Otworzyły się przede mną drzwi i nie zamierzam przed nimi bezczynnie stać. Plany i pomysły na dalszą ścieżkę muzyczną były już wcześniej. Wkrótce będę musiał z kilkoma osobami usiąść i na spokojnie je wszystkie omówić.

— W którym kierunku zamierzasz iść z muzyką?
— Na pewno nie chcę, by ta muzyka była sztuczna. Nie chcę materiału, o którym ludzie będą mówić: "Kolejna osoba na rynku muzycznym, która robi chłam, bo ktoś mu tak każe". Muszę czuć, że ten projekt jest "mój". I czuć się w nim dobrze.


2001-2024 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, Galindia Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5