W Himalajach sięgnęli po własne marzenia

2017-08-17 12:00:00(ost. akt: 2017-08-17 11:31:50)
Andrzej Jarząbek z flagą Starostwa Powiatowego w Piszu na szczycie Stok Kangri

Andrzej Jarząbek z flagą Starostwa Powiatowego w Piszu na szczycie Stok Kangri

Autor zdjęcia: Archiwum prywatne

Czy - poza pięknem natury - cokolwiek jest w stanie połączyć Mazury z najwyższym pasmem górskim na świecie, Himalajami? Okazuje się, że tak. Dokonali tego bowiem podróżnicy z Orzysza - Andrzej Jarząbek i Marek Siergiej. Za ich sprawą zapraszamy Was w podróż po odległych o tysiące kilometrów Indiach.
Stok Kangri, którego zdobycia podjęli się orzyszanie, liczy sobie 6153 m n.p.m. Jest najwyższym szczytem w Himalajach Ladakhu w paśmie Stok (połnocno-zachodnie Indie) i wchodzi w skład Parku Narodowego Hemis (24 km od miasta Leh - stolicy krainy Ladakh). Góra leży między głównym grzbietem Himalajów i Karakorum.
Tyle słowem wstępu. Pakujcie plecaki, ruszamy!

Pierwsze kilometry
Podróż zaczynamy 26 czerwca 2017 roku. Do Delhi wylatujemy z lotniska w Warszawie, w międzyczasie czeka nas przesiadka w Katarze. Następnego dnia, bez większych problemów, lądujemy więc w stolicy Indii. Pierwszym, co nas uderzyło po wyjściu z samolotu, była... temperatura. Uderza od razu, z pełną mocą ok. 40 stopni. Nie jest lekko.

Tego samego dnia kupujemy bilety na samolot do Leh. Można oczywiście jechać autobusem, ale zajęłoby to 2-3 dni. Po drodze wymieniamy walutę na rupie indyjskie (1 rupia to ok. 0,06 zł).
Nocujemy w skromnym hoteliku, na szczęście klimatyzacja działa i rano wyruszamy do Leh. W samolocie czeka nas natomiast olbrzymie zaskoczenie.

Na pokład, wraz z całą swoją świtą, wchodzi również duchowy i polityczny przywódca narodu tybetańskiego - Dalajlama. Teoretycznie można byłoby "strzelić sobie z nim fotkę", ale... czy wypada? Po półtoragodzinnym locie lądujemy wreszcie w Leh. Wysokość ok. 3500 m n.p.m.

Witajcie Indie!
Widoki są piękne, z każdej strony otacza magia gór, świątyń buddyjskich, klasztorów, rwących rzek i... niesamowicie miłych ludzi. Ze względów na potężną liczbę świątyń buddyjskich, Ladakh nazywany jest "Małym Tybetem". Ma się wrażenie, że w ogóle nie jest się w Indiach, bo wokół panuje nie hinduizm, a buddyzm.

Warunki w hostelu są bardzo dobre, obsługa również. Z tarasu widzimy cel naszej podróży - Stok Kangri. Przez kolejne 3 dni utrzymuje się pogoda typowo "butelkowa". Ale to dobrze, bo jest przynajmniej czas na aklimatyzację, co ma duże znaczenie. Chorobę wysokościową można odczuwać już ok. 2500 m n.p.m, a znajdujemy się jeszcze tysiąc metrów wyżej. To się czuje, bo nie trzeba wiele, by wpaść w lekką zadyszkę.

Czas przed wyruszeniem na szlak wykorzystujemy na zwiedzanie pałacu w Leh, świątyń, zakup kartuszy gazowych oraz wykupienie "permitu", czyli pozwolenia na wejście na szczyt. Kosztuje 50 dolarów od osoby. Niemało, ale pieniądze przekazywane są na Indian Mountaineering Foundation.

Nareszcie pogoda się poprawia. Po zjedzeniu pysznego śniadanka, o 7 rano jedziemy do miejscowości Stok. Po drodze przekraczamy rzekę Indus. Po półgodzinnej jeździe zaczynamy nasz właściwy treking do Base Camp. Plecaki nie należą do lekkich: namiot, prowiant na 5 dni, wszystkie inne rzeczy niezbędne w górach... waga bagażu sięga 25 kg.

Ścieżka prowadzi wzdłuż rzeki, która towarzyszy nam bardzo długo, przekraczamy ją kilkakrotnie. Formacje skalne są piękne, niektóre wyglądają jak z innej planety. Słońce bardzo mocno praży, co utrudnia marsz, choć droga jest stosunkowo prosta.

W stronę bazy podążają również miejscowi Ladakhijczycy. Prowadzą karawanę koni niosących na grzbietach cały ekwipunek wypraw komercyjnych. Turyści idą sobie obok, leciutko, z malutkimi plecaczkami. Kto co woli.
Po 4 godzinach marszu docieramy do Changmy - jest to mały górski bufecik, w któ®ym można coś zjeść. Jest też miejsce na rozbicie namiotów. I - uwaga - jest piwo! Robimy przerwę i pijemy po piwku, którego trudno odmówić sobie w taki upał. Ruszamy dalej. Na trasie jest źródełko wody pitnej, niektórzy uzupełniają tam zapasy.

W końcu Mankarmo, czyli nasz pierwszy obóz. Wysokość 4400 m n.p.m. Można byłoby ją uznać za minibazę. Przystanek przed bazą właściwą. Rozbijamy namiot, gotujemy wodę do naszych liofilizatów i jemy obiadokolację. Do wieczora podziwiamy piękne widoki na Himalaje i Karakorum. Pora spać.

Ze wstawaniem się nie śpieszymy, bo do Base Camp idzie się ok. 2-3 godzin. Po śniadaniu, oczywiście liofilizowanym, idziemy spokojnie w stronę bazy. Tam rozbijamy namiot, by następnego dnia atakować szczyt. Baza leży na wysokości ok. 5100 m n.p.m. Jest niespodziewanie dobrze zaopatrzona. Można zjeść, kupić słodycze, wodę butelkowaną i - znowu - piwo.

Większy problem z tym trunkiem był w restauracjach w Leh. A tu - ponad 5 tys. km i piwko czeka. Nawet w przystępnej cenie, bo ok. 200 rupii, czyli ok. 12 zł. Oczywiście nie można przesadzać. Jedno i dość, bo przecież nocą ruszamy na szczyt. Świętować można dopiero po sukcesie i bezpiecznym powrocie. Pogoda cały czas dopisuje, oby się nie pogorszyła. Po kolacji gotujemy wodę na herbatę i zalewamy nią nasze termosy. Idziemy wcześnie spać.

Wschód słońca wśród chmur
Pobudka o północy. Sen mieliśmy dość słaby, wstajemy praktycznie bez budzika. O dziwo jest całkiem ciepło, ok. -2 stopni Celsjusza. Mała przekąska, czołówki na głowę i naprzód. Na szlaku jesteśmy o 1 w nocy. To wskazana pora, ponieważ śnieg jest wówczas zmrożony, a dzięki temu idzie się łatwiej i jest mniejsze zagrożenie lawinowe.

Ścieżka, którą idziemy, w pewnym momencie gdzieś nam umyka, ale w końcu udaje się ją wytropić. Dochodzimy do przełęczy, za którą zaczyna się już lodowiec.

Dalsza droga prowadzi przez pola śnieżne. Potem nieco bardziej stromo, w górę ku grani. Wschód słońca jest cudowny. W innych warunkach taki można zobaczyć juz tylko z pokładu samolotu. Droga strasznie się dłuży. Jesteśmy powyżej 5600 m n.p.m. i oddycha się bardzo ciężko, szybko się męczymy.

Po długim podejściu osiągamy grań, robimy dłuższy odpoczynek i uzupełniamy węglowodany. Po przerwie zakładamy raki i wyciągamy czekan.
Jesteśmy na wysokości 5900 m n.p.m. Powietrze jest bardzo rozrzedzone, co da się we znaki zwłaszcza na ostatnich metrach. Ostatni odcinek jest eksponowany, łatwo o tragiczną pomyłkę, więc trzeba będzie szczególnie uważać.

Po mozolnej wspinaczce, po ok. 8 godzinach, udaje nam się jednak wreszcie postawić stopę na Stoku Kangri. Osiągnęliśmy 6153 m n.p.m. Zrobiliśmy to! Widoki są niesamowite: Himalaje i Karakorum ze słynnymi K2 i Nanga Parbat na czele. Trudno pohamować emocje.
Na szczycie obowiązkowa sesja zdjęciowa. Wyciągamy flagę powiatu piskiego, którą przed wyjazdem dostaliśmy od starosty Andrzeja Nowickiego. Niesamowite uczucie.

Czas wracać
W takim miejscu chciałoby się pobyć dłużej, ale pora wreszcie schodzić. Ujemna temperatura odpuszcza, przez co powrót jest dość nieprzyjemny. Co chwila zapadamy się w śniegu. W miejscach bezpieczniejszych stosujemy tzw. "dupozjazdy" - nazwa mówi sama za siebie.

Nareszcie nasza baza, można odetchnąć z ulgą. Jeszcze jedną noc spędzamy w Base Camp, starając się przetrawić ogrom wrażeń, które przyniósł nam dzień. Następnego ranka, już bez pośpiechu, ruszamy do Changmy, znów rozbijamy namiot na nocleg. To ostatni czas na obcowanie w tak bezpośrednim towarzystwie gór.

Po zwinięciu obozowiska wracamy do Stok i jedziemy do Leh. Zaczynamy świętować, choć bez przesadnych szaleństw. Resztę czasu spędzamy na zwiedzaniu świątyń, jedziemy na wycieczkę do jednej z najwyżej położonych przejezdnych przełęczy świata - Kardung La (5359 m n.p.m.). Po przylocie do Delhi zwiedzamy stolicę, muzeum narodowe i jedziemy do Agry, by zwiedzić mauzoleum Tadźż Mahal, który zwany jest często "świątynią miłości". 14 lipca bezpiecznie wracamy do Polski. Bogatsi w doświadczenie, niesamowite wspomnienia i głowy pełne planów na kolejne wyprawy.


— Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy wsparli nas w dążeniu do realizacji naszych marzeń. Szczególne podziękowania kieruję do niezastąpionej pani Irenki Dudzin: dzięki jej finansowemu wsparciu mogłem znaleźć się w Himalajach. Jednocześnie zachęcam wszystkich, by ruszyli się z domów. Warto zwiedzić kawałek świata, nawet na własną rękę. Bez biura podróży, bez przewodnika. Trzeba się odważyć i zrobić ten krok. Czas nie goni, nikt nie goni, jedzie się tam gdzie i kiedy chce. Poza tym to dużo tańsze rozwiązanie. A wrażenia bezcenne — podsumowuje Andrzej Jarząbek.


Czytaj e-wydanie

Pochwal się tym, co robisz. Pochwal innych. Napisz, co Cię denerwuje. Po prostu stwórz swoją stronę na naszym serwisie. To bardzo proste. Swoją stronę założysz klikając " Tutaj ". Szczegółowe informacje o tym czym jest profil i jak go stworzyć: Podziel się informacją:

">kliknij

2001-2024 © Gazeta Olsztyńska, Wszelkie prawa zastrzeżone, Galindia Sp. z o. o., 10-364 Olsztyn, ul. Tracka 5